wtorek, 26 maja 2026

Naukowcy spalą opony?

 

Naukowcy spalą opony?

27 maja 2026 -  protest naukowców. Sam fakt, że naukowcy wychodzą na ulicę, nie jest częstym widokiem nawet w krajach zachodnich. Już dlatego jest to wydarzenie ciekawe. Sam zresztą, żartobliwie mówiąc, "doradzałem" organizatorom, jak zachęcać środowisko naukowe do udziału w paleniu opon.



Przy tej okazji pojawia się zasadnicze pytanie: czy rzeczywiście warto dawać 3% na polską naukę?

Z jednej strony: dałbym nawet 5%

Z jednej strony, patrząc na to, jak funkcjonuje ten kraj, dałbym im nawet 5%. Jeżeli państwo miałoby zajmować się czymś poza wojskiem, drogami i podstawową infrastrukturą, to właśnie wspieraniem nauki — przynajmniej tej jej części, która może realnie popchnąć kraj do przodu.

Tymczasem państwo zajmuje się pierdylionem różnych rzeczy nieistotnych, co niestety przekłada się na prosty efekt: mało co w tym państwie naprawdę działa. Z tej perspektywy finansowanie nauki wydaje się jedną z niewielu dziedzin, w których zwiększenie nakładów może dać jakiś dodatkowy zwrot. Dlatego, patrząc od tej strony, dałbym te 3%, a może nawet 5%.

Z drugiej strony: samo dosypanie pieniędzy niewiele da

Problem polega jednak na tym, że samo zwiększenie finansowania prawdopodobnie niewiele zmieni.

Polska nauka — i chyba przyzna to każdy, kto patrzy na sprawę uczciwie — jest daleko za nauką tak zwaną europejską: niemiecką, francuską czy skandynawską. A ta z kolei, jak wszyscy wiemy, jest już coraz dalej za nauką światową, czyli dziś głównie amerykańską i chińską. My jesteśmy więc jeszcze kilka długości za tym poziomem.

I nie widać tutaj żadnego realnego pomysłu, schematu ani mechanizmu naprawy. Jest właściwie tylko jedno hasło: dajcie więcej pieniędzy.

Tyle że „dajcie więcej pieniędzy” w obecnych warunkach może oznaczać po prostu konserwację tego, co już istnieje. Czyli dokładanie środków do systemu, który działa źle, selekcjonuje negatywnie, premiuje zachowawczość i wzmacnia tych, którzy już siedzą przy dystrybucji pieniędzy.

Komputer kwantowy jako symbol

Nie chcę się tutaj szczególnie rozwodzić nad rzeczami, o których często mówi się przy okazji polskiej nauki: feudalizmem, brakiem szans, negatywną selekcją, brakiem motywacji czy zależnościami środowiskowymi. Wystarczy prosty przykład: sprawa komputera kwantowego.

Kupiono komputer kwantowy — pięć kubitów, w Finlandii. Minister przeciął wstęgę na inauguracji i praktycznie wszyscy, którzy choć trochę znają się na temacie, po prostu to wyśmiali. Jeden z fizyków zaproponował nawet zgłoszenie całej sprawy do Najwyższej Izby Kontroli.





Sytuacja była tym bardziej groteskowa, że już w 2019 roku, kiedy prowadziłem zajęcia ze sztucznej inteligencji i komputerów kwantowych, ja — zwykły człowiek — miałem dostęp do prawdziwego komputera kwantowego IBM. Oczywiście możliwości były ograniczone, bezpłatnych prób było mało, resztę trzeba było dokupić albo pracować na emulacjach, ale jednak był to realny dostęp do takiej technologii.

Tymczasem ministerstwo prezentuje dziś pięciokubitową maszynę tak, jakbyśmy właśnie doganiali świat. I to pokazuje problem: ludzie decydujący o nauce często nie bardzo orientują się, gdzie ten świat naprawdę jest.

Sztuczna inteligencja i wieczne spóźnienie

Podobnie było ze sztuczną inteligencją. Ja sam miałem z nią do czynienia kilkanaście lat temu, pracując przy różnych projektach. Tymczasem w polskiej nauce, poza pewnymi niszami, które oczywiście zawsze istniały, AI zaczęła być szerzej dostrzegana, rozumiana i traktowana poważnie dopiero kilka lat temu.

To jest ten sam koszmar, który wraca za każdym razem, kiedy stykam się z nauką, postępem i technologią w polskich instytucjach. Wieczne opóźnienie. Wieczne odkrywanie rzeczy, które gdzie indziej są już dawno przetworzone, opisane, wdrażane albo wręcz porzucane jako przestarzałe.

Pamiętam to jeszcze ze szkoły podstawowej. Nauczyciele często nie wiedzieli wtedy, czym są komputerowe edytory tekstu. Wielu nie rozumiało nawet, czym właściwie są komputery. Oczywiście nie wszyscy, bo część osób kupowała już wtedy komputery swoim dzieciom, ale szkoła jako instytucja była kompletnie poza tym światem. A przecież o takich rzeczach można było czytać nawet w pismach kolportowanych przez władzę komunistyczną.

Negatywny dobór i dystrybucja środków

To zacofanie nie bierze się znikąd. Ono wynika z negatywnego doboru i ze sposobu działania instytucji naukowych oraz instytucji wspierających naukę. Wystarczy spojrzeć na ostatnie doniesienia prasowe dotyczące Łukasiewicza czy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

W wielu miejscach siedzą ludzie, którzy zajmują się przede wszystkim dystrybucją środków wśród swoich. Ewentualnie rozdzielają pieniądze zachowawczo, według bezpiecznego rozdzielnika. Zasada jest prosta: środki trafiają głównie do projektów wtórnych, przewidywalnych, podobnych do czegoś, co już było. 

Nic naprawdę innowacyjnego, nic wybiegającego w przyszłość, nic szczególnie odważnego nie ma większych szans. Bo ludzie, którzy decydują o finansowaniu, często się boją. A jeszcze częściej po prostu nie rozumieją, o co w takich rozwiązaniach chodzi i co one mogą przynieść w przyszłości.

Dlatego finansuje się projekty, które nawiązują do tego, co już gdzieś funkcjonuje. To jest dla gremiów decyzyjnych zrozumiałe, bezpieczne i łatwe do opisania w dokumentach.


Kolejna sprawa to edukacja i wciąganie do nauki ludzi, którzy potrafią się najlepiej nauczyć na pamięć czy odtworzyć proste projekty. No i brak jakichkolwiek możliwości rozwoju dla ciekawych świata, inteligentnych i kreatywnych. Oprócz emigracji. 

Perowskity, Czyste Powietrze i wrażenie postępu

Tak bywało chociażby przy różnych modnych tematach technologicznych, takich jak perowskity. Zaczyna się finansowanie, wokół pieniędzy pojawiają się dziwni ludzie powiązani z innymi dziwnymi ludźmi, tworzą się projekty, przez które środki zaczynają przepływać.

Trochę tak, jak mieliśmy to w programie Czyste Powietrze. Z zewnątrz wygląda to jak modernizacja, ekologia, nowe technologie i państwo działające w interesie obywatela. W praktyce często okazuje się, że ludzie są robieni w konia na pompy ciepła czy magazyny energii, za które państwo, czyli podatnik, płaci dwa razy więcej, niż byłyby warte na normalnym rynku.

Ale wrażenie zostaje. Można wywieszać plakaty, mówić o nowoczesnych technologiach, organizować konferencje, przecinać wstęgi i produkować narrację o postępie.

Tylko że korzyści często nie ma żadnych. Albo prawie żadnych.

Koniec świata przepisywaczy

Jeśli to wszystko nie kończy się przekrętem, to często kończy się nauką na poziomie tysięcy prac pochowanych po archiwach. Prac biernych, wtórnych, przepisywanych, będących kompilacją cytatów z książek i różnych źródeł.

Kiedyś, jeśli jakiś sprawniejszy człowiek w naszym środowisku naukowym znał języki obce, mógł przepisywać z zagranicznych źródeł, napisać na tej podstawie książkę, zostać lokalnym autorytetem i na tych kilku książkach pracować sobie przez całe życie.

Ale ten świat się kończy.

Od ponad dwudziestu lat mamy Google, Wikipedię i powszechny dostęp do wiedzy. Teraz mamy też technologie, które potrafią tę wiedzę przetwarzać, streszczać, porównywać i wyjaśniać w sposób zrozumiały dla każdego. Nie da się już tak łatwo udawać, że samo przepisywanie i przerabianie cudzych myśli wnosi istotną wartość do społeczeństwa.

Ci ludzie oczywiście jeszcze będą siedzieć siłą rozpędu. I będą blokować zmiany. Ale ich funkcja cywilizacyjna w dużej mierze się skończyła.

Nauka potrzebuje wolności, nie tylko urzędniczych pieniędzy

Dlatego jedynym realnym sposobem na to, żeby nauka w Polsce ruszyła do przodu, jest danie przestrzeni ludziom, którzy mają odwagę, chęci, pomysły i motywację. Ludziom, którzy chcą coś robić, ale niekoniecznie chcą całe życie czekać na decyzję urzędnika, recenzenta, komisji albo środowiskowego układu.

Tacy ludzie powinni móc pozyskiwać pieniądze z rynku, a nie wyłącznie z grantów rozdzielanych przez instytucje, które z natury rzeczy premiują ostrożność, znajomości i projekty podobne do poprzednich.

Bo w obecnym systemie bardzo trudno zrobić coś naprawdę nowoczesnego.

Trzeba więc obniżyć podatki, zmniejszyć biurokrację, ograniczyć regulacyjne duszenie małych i średnich inicjatyw. A najlepiej wyjść z Unii Europejskiej, bo ten system coraz bardziej nas blokuje. Niszczy każdego małego i średniego, który próbuje zrobić coś samodzielnie. To zresztą zauważają już nawet ludzie w samej Unii: Europa ciągnie się w ogonie za Chinami i Stanami Zjednoczonymi nie przez przypadek, tylko przez własny system regulacyjny, fiskalny i instytucjonalny.

To jest mechanizm, który równa wszystkich do dołu. Zabiera pieniądze tym, którzy mogliby coś stworzyć, a przekierowuje je do najbogatszych i do całego łańcuszka ludzi pilnujących, żeby ten ekosystem dalej trwał. Żeby można było wykorzystywać pracę innych dla własnych celów, samemu w praktyce niewiele wnosząc.

Więcej wolności — i dopiero wtedy pojawi się realna szansa na lepszą naukę.

Więc dawać te 3% czy nie?

I tu wracamy do pytania wyjściowego.

Czy dać nauce 3%? Może tak. Może nawet 5%. Bo to państwo z mokrego kartonu, lepione trytytkami, ma niewiele dziedzin, na które może przeznaczyć pieniądze z jakąkolwiek nadzieją na dodatkowy cywilizacyjny bonus. A w polskiej nauce, mimo całego tego systemowego bałaganu, gdzieś tam jednak są ludzie z pomysłami, wiedzą i motywacją.

Jeżeli dostaną trochę więcej przestrzeni i środków, może coś wymyślą. Może zrobią coś sensownego. Może uda im się zrealizować projekt, który w normalnych warunkach zostałby przygnieciony przez układ, procedury i urzędniczą ostrożność.

Ale ważniejsze od samego podniesienia finansowania byłoby coś innego: zmiana mechanizmu rozdzielania pieniędzy.

Kiedyś zaproponowałem projekt dla polskiej nauki oparty na zastosowaniu funkcji losowej przy przydzielaniu części środków. * I to mogłoby być znacznie ważniejsze niż samo dosypanie pieniędzy wszystkim według dotychczasowych zasad. Bo obecny system selekcji konserwuje istniejące układy, a element losowości mógłby przynajmniej częściowo rozbić ten mechanizm.

Samo zwiększenie finansowania może w czymś pomóc. Ale bez zmiany zasad bardzo łatwo skończy się tym, czym kończyło się już wiele razy: większą ilością pieniędzy dla tych samych ludzi, tych samych instytucji i tych samych wtórnych projektów.



UCHWAŁA O ROZWOJU RZECZYPOSPOLITEJ - ALPHA 0.1

 https://kurpiecki.blogspot.com/2024/11/uchwaa-o-rozwoju-rzeczypospolitej-alpha.html






Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna